Typowy uczeń trafia do nas w środku roku szkolnego. Sytuacja zwykle wygląda tak: trudności ze skupieniem, kilka jedynek w dzienniku, realne zagrożenie, że nie zda semestru.
Często z diagnozą ADHD. Ale nie chodzi o brak inteligencji — chodzi o to, że uczeń siada do nauki i po 5 minutach już nie wie, gdzie jest. Otwiera książkę, sprawdza telefon, wraca do książki, znowu telefon... Po godzinie nic nie ma zrobionego.
Najbardziej go boli, że wie, że trzeba się uczyć. Nie jest leniwy. Po prostu nie ma narzędzi, żeby usiąść i zacząć.
Pierwsze dwa tygodnie z naszym systemem nie wyglądają spektakularnie. Uczeń zaczyna zapisywać te trzy linijki wieczorem — większość dni je realizuje, czasem nie. Ale plan jest. Coś się rusza.
Po miesiącu rodzice często mówią mi to samo zdanie: „Po raz pierwszy od dawna nie pytam, czy się uczył. Widzę kartkę na biurku. Wiem, że tak."
Wielu z nich zdaje egzamin, którego wcześniej miało nie zdać. Nie genialnie — ale zdaje.
A oni sami mówią mi później, że największą zmianą nie była ocena. Tylko to, że wreszcie wiedzieli, od czego zacząć i jak się za to zabrać.



